„Jane Eyre” Charlotte Brontë + moja opinia o filmie

 Jak to możliwe, że dziewczyna taka jak ja, czyli zakochana w „Przeminęło z wiatrem”, „Wichrowych wzgórzach” i „Annie Kareninie” nigdy nie czytała, czy nawet oglądała „Jane Eyre”? Jakim cudem ja się ciągle mijałam z tą książką? Kiedy kilka miesięcy temu trafiłam na nią na stacji benzynowej w cenie 6,99 (?!) porwałam ją z szybkością światła i pobiegłam do kasy, żeby nikt się nie rozmyślił i nie zawołał, że ta cena to tylko żart. W podobny sposób kupiłam w supermarkecie „Niebezpieczne związki”, „Perswazje” i „Opactwo Northanger”. Z jednej strony cieszę się, że zdobyłam je za prawie darmo ( 5 zł. za książkę?!), ale z drugiej zastanawiam, czy to nie ujma dla klasyki literatury światowej leżeć sobie w koszu na wyprzedaży obok sponiewieranych klapek za 1,99 zł. Pomijając długą drogę jaką przebyłam do momentu przeczytania „Dziwnych losów Jane Eyre” (dziwnych? raczej niezwykłych, zaskakujących, wyjątkowych) w te wakacje nad urokliwą rzeką Pilicą na drewnianym mostku w cieniu drzew pochłonęłam żarłocznie piękne słowo pisane stworzone przez Charlotte Brontë.

Jakże mi było brak tego bogatego słownictwa, wyjątkowego stylu i wspaniałej atmosfery jaką można spotkać tylko w klasyce. Czytając taką książką można się nią rozkoszować i zapominać w świecie, który dawno minął. Nie od dziś wiem, że siostry  Brontë to utalentowane pisarki, jednak moją ulubienicą była bez wątpienia Emily Jane („Wichrowe wzgórza” gdyby ktoś, nie daj Boże, nie wiedział). Po niezwykle przyjemnej lekturze „Jane Eyre” muszę przyznać, że Charlotte podobnie jak jej siostra też skradła mi serce.

Jane Eyre od początku nie miała łatwego życia. Sierota wychowywana przez surową ciotkę dorasta we wpajanym jej przeświadczeniu, że jest gorsza od dzieci pani Reed i swoją osobą ukazuje same wady i wrodzoną słabość charakteru. Odesłana  do szkoły z internatem, gdzie uległość wymusza się karami cielesnymi i często psychicznym terrorem, poznaje pierwszą osobę w życiu, na której jej zależy. Po raz pierwszy również zaznaje szczęścia przyjaźni i goryczy straty. Po ukończonej szkole zostaje guwernantką w majątku ziemskim Thornfield Hall, gdzie uczy wychowankę pana Edwarda Rochestera. Mimo początkowej surowości Edward zwraca coraz większą uwagę na Jane. Długie rozmowy i pokrewieństwo dusz sprawia, że rodzi się między nimi uczucie. W momencie, w którym spodziewamy się sformułowania „I żyli długo i szczęśliwie” okazuje się, że pan Rochester i jego Thornfield Hall  skrywają straszliwą tajemnicę. Jane Eyre stanie przed najtrudniejszym w swoim życiu wyborem …

Jane Eyre to jedna z tych bohaterek literackich, o których nie da się zapomnieć. Lubię ją i podziwiam. Wyczuwam między nami pewne podobieństwa, dzielimy taką samą chęć życia, czasami tłumioną niecierpliwość i po prostu pasję. Jednak dzieli nas przepaść obyczajowa. Ona kiedy miała do wyboru przyjemność i szczęście wybrała niepewność losu i życie zgodne z zasadami jej świata. Nie sądzę, żebym okazała tyle odwagi i siły.

Charlotte  Brontë to podobnie jak jej siostra Emily artystka słowa pisanego. Piękne, bogate słownictwo, które chłonie się całą sobą składa się całościowo na piękny język i styl. Atmosfera i napięcie budowane jest bardzo przemyślanie, co z kolei wręcz zmusza do przerzucania następnych stron. Jak już wspomniałam – tylko klasyka oferuje taką ucztę czytelnikowi. Współczesne książki (tak promowane w mediach i wśród tej naiwnej części blogosfery) skupiają się na filmowej wręcz akcji, sztampowych postaciach, a jeśli jest mowa o miłości to najpierw budowane jest napięcie seksualne, a później rozładowywane w dość prymitywny sposób. Tylko prawdziwie utalentowany pisarz potrafi pisać o rodzącej się miłości na poziomie dusz, dopasowywaniu się i starciu charakterów. Sfera cielesna jest dość łatwa do opisania, pisarze robią to lepiej lub gorzej, ale ta nieuchwytna nuta zakochiwania się w sobie jest możliwa do opisania tylko przez najlepszych.

  

Jane Eyre  2011

reżyseria –  Cary Fukunaga

scenariusz – Moira Buffini

produkcja – Wielka Brytania 

gatunek – melodramat

muzyka – Dario Marianelli

moja ocena – 8/10

 

Jeśli chodzi o ekranizacje powieści (które są dość liczne) obejrzałam jedynie tą najnowszą. Oczywiście w planach mam co najmniej dwie – film z roku 1996 i miniserial BBC z roku 2006. To właśnie serial jest najbardziej zachwalany przez wielbicieli książki, ale mi szczerze mówiąc nie przypadły do gustu zdjęcia głównych bohaterów. Delikatna i naturalna Mia Wasikowska, która zachwyciła mnie jako burtonowska Alicja w Krainie Czarów od początku wydawała mi się od strony fizycznej idealną Jane. Mia odróżnia się na tle hollywodzkich blondynek o idealnych wymiarach i pustych spojrzeniach. Jej oczy ukazują inteligencję, upór i pewnego rodzaju smutek. Twarz nie jest klasycznie piękna, ale wyjątkowa, ładna i oryginalna. Urodzona Jane Eyre. Nie zgadzam się z zarzutami komentujących na filmwebie, że książkowa Jane była brzydka i aktorka ją grająca też powinna taka być. W wersji książkowej panna Eyre uważała się za brzydką na tle wysoko urodzonych i dobrze ubranych panien. Ludzie, którzy ją poznawali bliżej dostrzegali w niej urodę. Nie typową i klasyczną, ale właśnie inną niż wszystkie.

Rozpisałam się na temat wyglądu…a co z grą? No cóż, tu już troszeczkę gorzej. Mia Wasikowska jest z rodzaju tych kobiet, które są wiotkie, zamknięte w sobie i nie lubią okazywać uczuć. To wszystko przelała w swoją Jane. Książkowa panna Eyre to osóbka pełna pasji, którą oczywiście tłumi pod dobrymi manierami, ale kiedy nikt nie widzi biegnie do okna jak mała zniecierpliwiona dziewczynka, wyglądając, czy pan Rochester już wrócił do domu i w czyim towarzystwie. Tupie nóżką i to niejednokrotnie. Boi się tajemnicy   Thornfield Hall, co jej nie przeszkadza chodzić po nim w nocy i ratować swojego pracodawcę z opałów. Filmowa Jane robi prawie wszystko za wolno, po długim przemyśleniu i nie widać w niej tej pełnej temperamentu walki, którą toczy w sobie bohaterka. Mimo wszystko uważam, że Mia Wasikowska była dobrym wyborem reżysera. Jej Jane jest inna niż moja, ale to nie znaczy gorsza. Może ona ją po prostu widziała inaczej?

 Edward Rochester w wykonaniu Michaela Fassbender’a bardzo mi się podobał. Początkowo surowy o chmurnym spojrzeniu, dyskretnie wodzący wzrokiem za Jane, wściekły z powodu niesprawiedliwości losu jaka go dopadła, błagający Jane o przebaczenie, czy w końcu złamany życiem – w każdym calu był wiarygodny. Nie do końca przystojny, ale też nie brzydki. Opanowany, ale też nieprzewidywalny. Wybuchający gniewem i patrzący z uczuciem na Jane. Moim zdaniem – idealny pan Rochester.

Jeśli chodzi o resztę obsady – oczywiście zachwyciła mnie Judi Dench jako pani Fairfax. Dokładnie taką ją sobie wyobrażałam podczas czytania książki. Bardzo podobały mi się dziecięce aktorki grające małą Jane i jej przyjaciółkę Helen. Ważne dla fabuły dzieciństwo głównej bohaterki nie zostało potraktowane powierzchownie, z czego się bardzo cieszę. Ucieszyłam się widokiem Holliday Grainger jako Diany Rivers. Młodziutka aktorka, która mi się bardzo podobała w roli Lukrecji Borgii w serialu „The Borgias” była miłą niespodzianką (poza tym dowiedziałam się, że będzie grała Estellę w najnowszej ekranizacji „Wielkich nadziei” !). Z kolei drażniła mnie na ekranie Imogen Poots jako panna Ingram i Tamzin Merchant w roli Mary Rivers. Co do tej drugiej może jestem po prostu uprzedzona, po tym jak zagrała postać Katarzyny Howard w serialu „The Tudors”, ale i tak to nie zmienia faktu, że postać Mary nie potrzebuje głupiutkich (w zamierzeniu słodkich) minek zniecierpliwionej pensjonariuszki. Jeśli chodzi o książkową wersję panny Ingram to była posągowa piękność o czarnych włosach, śniadej cerze i wielkim temperamencie. Władczość tej postaci, jej pycha i zarozumiałość przy wielkiej urodzie była wspaniałym kontrastem do postaci Jane. Pan Rochester dokonał wyboru między tymi kobietami, więc postać panny Ingram powinna być bardziej wyrazista. Nie wystarczy naturalnej blondynki przefarbować na czarno, żeby z niej zrobić pannę Ingram, a wydaje mi się, że w przypadku tej postaci przygotowania do roli oparły się tylko na tej czynności.

Kadry, zdjęcia, atmosfera filmu są bajkowe. W pełni oddają mrok Thornfield Hall, piękno i surowość angielskiego krajobrazu. Jeśli chodzi o muzykę to nie przychodzi mi na myśl inne określenie jak idealna. Mój ulubiony utwór z soundtracku to „Awaken”, który możecie odsłuchać poniżej.

Podsumowując – zakochałam się w książce i spodobał mi się film. Nie jest idealny, ale mało mu brakuje. Polecam wszystkim „Jane Eyre”, której losy zachwycają czytelników od ponad stu sześćdziesięciu lat.

Reklamy