„Koniec pieśni” Wojciech Zembaty

Kiedy przeczytałam na tylnej okładce „Końca pieśni”: „Prawdopodobnie jedna z najlepszych powieści fantasy 2011 r.”, wzniosłam oczy do nieba i zrobiłam minę pod tytułem: „Ile razy taki tekst czytałam? Ile razy okazało się to tylko pustą i w dodatku nieoryginalną reklamą?”. Z wyraźnym sceptyzmem zaczęłam czytać i … oderwałam się po jakiś 200 stronach stwierdzając, że dochodzi godzina 3 nad ranem. W moim przypadku jeśli zaczynam czytać książkę kładąc się spać gdzieś tak ok. o 23.00 i „budzę się” o magicznej 3 nad ranem z oczami jak spodki i ścierpniętą co najmniej jedną ręką i nogą – to oznacza, że książka jest dobra.

Kto by się spodziewał, że Wojciech Zembaty porwie mnie niczym Andrzej Sapkowski?

Współczesna Warszawa i Wyspy Brytyjskie czasów króla Artura – te dwa odległe światy zaczynają się przenikać, granica staje się płynna dzięki prastaremu naszyjnikowi należącemu do zapomnianego boga i pewnym ludziom…

Król Artur ginie w swojej ostatniej bitwie pod Kamlann. Następuje anarchia, którą wykorzystują Germanie rozpoczynając krwawy podbój. Giermek króla postanawia ratować swój świat.

Psycholog Łukasz Klimkowski stara się pomóc swojemu nowemu pacjentowi – chłopak o ksywce Igi cierpi na straszliwe, realne sny, po których budzi się poraniony. Po krótkim czasie dopuszcza się bestialskiego mordu, o którym mówi cała Polska. Igi zapada w śpiączkę ze ściśniętym na szyi tajemniczym naszyjnikiem, którego nikt nie jest w stanie zdjąć.

„(…) jak wyglądałaby Europa, gdyby Celtowie jednak nie przegrali? Zamiast surowości rzymskiego prawa i chrześcijańskiej pobożności nasz świat przesycałaby magia. Byłby to świat małych wiosek i wojen klanów, wędrujących pieśniarzy i krwawych ofiar. Bractwo chciało przywrócić ten świat. Zażegnać klęskę, cofnąć grę do ostatniego zapisu, w którym Europa żyła nieprzytłoczona techniką i jałową mądrością, zachłannością i zimnym prawem oraz jeszcze zimniejszą religią. Czasy chaosu po upadku Rzymu były wymarzonym momentem. Jeden świat umarł, drugi jeszcze się nie narodził. Wtedy mogło wydarzyć się wszystko.”

Czy plan tajemniczego Bractwa się powiedzie? Czy człowiek z przyszłości może zmienić przeszłość i tym samym wymazać własną teraźniejszość? Tego wszystkiego dowiecie się z „Końca Pieśni”.

Debiut Wojciecha Zembatego to kawał dobrej fantastyki. Widzę w jego pisaniu wiele talentu, sporo pracy i nieokiełznaną pasję tworzenia. Jednak jego wadą jest to, że chciałby opowiedzieć wszystko za szybko i połyka niektóre wątki i wydarzenia. Podczas czytania książki czułam się jakbym oglądała bardzo dobry i wciągający serial, lecz jakbym zgubiła po drodze co najmniej jeden, kluczowy odcinek. Był taki dziwny moment w powieści – jedna z głównych bohaterek jest cała, zdrowa i wszystko idzie po jej myśli, a za kilka stron postacie rozmawiają o jej śmierci… Kilka razy wracałam do ostatniego momentu, w którym o niej czytałam i jeszcze raz przeszukałam tekst i później jeszcze raz, ale wychodzi na to, że autor zapomniał uśmiercić postać, ale opisał konsekwencje tej sytuacji? Naprawdę nie wiem czy to jest wina drukarni (zjedli kilka akapitów?), czy szalonego wręcz tempa wydarzeń.  Myślę, że powieści dobrze by zrobiło delikatne zwolnienie i zwiększenie objętości o co najwyżej 50 stron tylko po to, żeby na spokojnie połączyć wszystkie wątki i żeby dla czytelnika fabuła była bardziej przejrzysta w odbiorze. Mimo wszystko książka mi się podobała. Na pewno będę śledzić dalsze pisarskie losy pana Zembatego.

~  *  ~

Niedługo mój blog skończy rok. Na pewno nastąpi czas pewnych podsumowań i zmian. Musiałam przemyśleć kilka spraw i je sobie uporządkować. Na razie wypowiedziałam się (mam na razie, że wreszcie  wyczerpująco) na temat współpracy. Zapraszam do przeczytania uaktualnionej zakładki Współpraca.

Reklamy