„Na południe od granicy, na zachód od słońca” Haruki Murakami

 Książki Murakamiego są dla mnie jak dawni przyjaciele. Kiedyś byli dla mnie ważni, poznałam ich historię, ale po jakimś czasie ta relacja się po prostu urwała i już nigdy się nie spotkamy. Tak jak Ci wszyscy ludzie, których spotkałam w życiu, tak Murakami i jego historie są na początku szalenie tajemnicze, interesujące, by później zatrzymać się w najmniej spodziewanym momencie i odejść. Nie zostaje już nic – tylko czysta strona na końcu książki, tak bardzo podobna do pleców oddalającego się człowieka…

„Na południe od granicy, na zachód od słońca”  nie jest opowieścią kompletną. Nie daje nam historii głównego bohatera od początku do końca. Dostajemy fragment jego życia, towarzyszymy mu przez długi moment i po ostatnim spotkaniu za jakiś czas możemy zastanowić się, co u niego słychać. To książka zapadająca w pamięć, która zostawia w nas to specyficzne „coś”, co otrzymujemy po każdym poznanym człowieku, który przykuł naszą uwagę i emocje na trochę dłużej.

Hajime  to facet, który według otaczających go ludzi, po prostu musi być szczęśliwy. Ma wspaniałą żonę i dwie córeczki. Jego praca jest też pasją – prowadzi dający spore dochody bar jazzowy. Nie musi martwić się o pieniądze, czy zdrowie. Ma wszystko. Jednak istnieje coś, co nie daje mu spokoju.

Shimamoto to wielka tajemnica. Wiemy o niej tylko tyle, że była przyjaciółką z dzieciństwa Hajime. Ich więź to było coś wyjątkowego, rozumieli się bez słów, należeli do siebie i pasowali niczym dwie legendarne połówki jabłka. Czas, życie i świat sprawił, że się rozdzielili. Spotkali po latach w momencie, kiedy  Hajime najmniej się tego spodziewał.

Miłość to trudne zjawisko. Nie da się go do końca wytłumaczyć. Ona po prostu jest między dwojgiem ludzi i to od nich zależy, co zrobią z tym uczuciem. Co zrobią Hajime i Shimamoto ? Co stanie się ich dotychczasowym życiem?

„Na południe od granicy, na zachód od słońca”  to kolejna książka Murakamiego, która mnie zachwyciła. Haruki świadomie bawi się z czytelnikiem. Najpierw daje mi postać głównego bohatera, którego zdążę polubić i poznać, a następnie spada na mnie z bombą w postaci tematu zdrady. Jako kobieta jestem gotowa znienawidzić go za niedocenianie swojej żony, za zaprzepaszczenie całego życia, wszystkich osiągnięć i przyszłości dzieci. Jako czytelniczka, która dobrze poznała Hajime staram się go usprawiedliwić, bo przecież więź między nim a Shimamoto jest taka wyjątkowa. Jestem rozdarta między dwoma światopoglądami. Angażuję się bardzo emocjonalnie w tę historię i dostaję na końcu jedno wielkie niedopowiedzenie. Za to wszystko kocham Murakamiego i go nie znoszę. To świadczy o jego geniuszu, jako pisarza.

Reklamy