John Carter, czyli wyprawa na Marsa sprzed stu lat w wersji 2012

Oglądając Johna Cartera ma się silne uczucie, że to wszystko już kiedyś było. Główny bohater przez przypadek trafia do innego świata, a tam poznaje absolutnie inną rasę, zwyczaje, otoczenie i księżniczkę w opresji. Oczywiście księżniczka jest piękna i walczy w słusznej sprawie, a jej wrogowie są źli, okrutni i żądni władzy. Całkiem przeciętny mężczyzna, którym był w swoim świecie, odkrywa w sobie pokłady odwagi, siły i mocy poruszania swoją osobą tłumów po czym ratuje świat przed zagładą, a przy okazji zdobywa rękę księżniczki. W międzyczasie zapierające dech w piersiach przygody, kilka elementów humorystycznych i początkowe przekomarzanki zamieniające się w miłość pomiędzy naszym bohaterem i olśniewającą kobietą.
Brzmi znajomo? Taki motyw pojawiał się oczywiście już w baśniach, a w czasach nam współczesnych kino powielało podobną historię setki razy. Co w takim razie wyjątkowego jest w Johnie Carterze?
Mianowicie to, że John Carter był pierwszym takim bohaterem.
Nieprawdą są głosy, że ten film to zżynka z Avatara czy Gwiezdnych Wojen. To właśnie twórcy Gwiezdnych Wojen i Avatara mocno inspirowali się twórczością pana Edgara Rice’a Burroughsa – autora serii przygód o Johnie Carterze zapoczątkowaną książką „Księżniczka Marsa” wydaną w 1912 roku.
Ten człowiek miał fantastyczną wyobraźnię. My wyobrażając sobie kosmos, mamy ułatwione zadanie, ponieważ pojawiają nam się przed oczami obrazy z setek filmów czy zdjęcia z magazynów popularnonaukowych. Jeśli brak nam wyobraźni… nic nie szkodzi, jednym kliknięciem możemy przenieść się na stronę NASA i na bieżącą obserwować najnowsze zdjęcia satelitarne. Edgar Rice Burroughs był facetem, który to wszystko stworzył w swojej głowie od podstaw, opierając się na domysłach naukowców. Współcześni mu ludzie wierzyli, że widoczne przez teleskop wyżłobienia na Marsie to kanały, dzięki którym po planecie rozprowadzona jest kończąca się woda, a wielkie pofałdowane obszary to pozostałości po morzach i oceanach przypominających ziemskie. Te fakty rozpaliły wyobraźnię Edgara i stworzył ciekawą serię książek przygodowych o Johnie Carterze.
To oczywiście nie jedyna seria w dorobku pisarza. Ten sam człowiek wymyślił postać Tarzana i napisał jeszcze kilka innych cykli, czyli w sumie kilkadziesiąt książek.
Na jego konstrukcji fabularnej opierają się setki filmów i książek tworzonych współcześnie.
Warto, więc zapamiętać nazwisko tego człowieka.

„Księżniczka Marsa” to pierwsza i jedyna wydana w Polsce część o przygodach Johna Cartera, a jest ich wszystkich jedenaście. Przeczytałam pierwsze dwie i muszę powiedzieć, że to kawał dobrego science-fiction, biorąc pod uwagę, że to dopiero zalążek tego gatunku. Jednak cykl (a raczej początek) nie zachwycił mnie ani nie zainteresował na tyle, żeby go kontynuować. Gdybym czytała go dobrych kilka lat temu, zanim zaczęłam pochłaniać książki fantasy i science-fiction, na pewno by mi się bardziej podobał.

Wersja filmowa z 2012 roku jest dobrą rozrywką i przyjemną wizualnie. Ciekawie stworzony świat i jego mieszkańcy, oczywiście świetne efekty specjalne (ale to już jest standardem w hollywoodzkich produkcjach) i ciekawe zakończenie. [ Uwaga! SPOILER! Dla wszystkim martwiących się, czy Johnowi udało się na koniec wrócić do ukochanej i świata, który sobie wybrał – tak! ] Twórcy filmu zostawili sobie ciekawą furtkę – mogą kontynuować cykl (jest jeszcze dziesięć książkowych części!), a jeśli nie to mają ciekawy film z niejednoznacznym zakończeniem.

Z tego, co udało mi się dowiedzieć – nie zanosi się na kolejne części.  Film nie odniósł spektakularnego sukcesu, czyli zarobił na siebie ledwo 32 miliony dolarów. Tiaaa… ta nierealna dla nas szaraczków suma dla hollywoodzkich twórców filmowych to stanowczo za mało. W produkcję Johna Cartera włożono $250 000 000  a otrzymano $282,778,100. Dla porównania – w „The Hunger Games” włożono $78,000,000 a zarobiono $672,826,249. To się właśnie nazywa sukces w USA. Jeśli ktoś myśli, że piszę głupoty to go odsyłam na stronę –> http://www.imdb.com/ (btw świetna baza filmowa, nasz rodzimy filmweb to średniej jakości plagiat plus społeczność z niskim poziomem kultury i IQ).

Podsumowując – polecam film, jako miłą rozrywkę i warto zapamiętać nazwisko Edgara Rice’a Burroughsa, bo sobie  na to zasłużył, a z jego pracy korzystają ludzie od stu lat.

* Wszystkie gify pochodzą ze strony –> http://gifs-planet.com/new13.php

Advertisements

6 thoughts on “John Carter, czyli wyprawa na Marsa sprzed stu lat w wersji 2012

  1. Po Edgara Rice’a Burroughsa zamierzam sięgnąć, ale po cykl o Tarzanie 🙂 Jakoś bardziej mnie fascynuje. A film – ładna, kolorowa bajka, ale tak jak piszesz – to wszystko już było i nawet pierwowzór literacki tego nie uratuje.

    • Filmowo taka fabuła jest już strasznie ograna, co nie zmienia faktu, że całkiem miło się ogląda. Przyjemna rozrywka na jeden raz 😉
      Podoba mi się styl pisania Edgara Rice’a Burroughsa, bardzo przypomina mi Herberta George Wellsa. Pisarze z tamtej epoki mieli taki specyficzny język, z klasą i uprzejmością do czytelnika 😉

  2. Lubię ten film, jestem pod urokiem Kitscha (którego zauważyłam w „X-Men Geneza: Wolverine”) i najprawdopodobniej nadgonię jego filmografię. Książki nie czytałam, ale wiem, że nie ma sensu zaczynać lektury po polsku – może kiedyś wpadnie mi w ręce egzemplarz anglojęzyczny.

    Nabyłam dvd w Biedronce i dawno nie cieszyłam się z tak dobrze wydanych 20 zł. Dobry obraz, napisy, dodatki oraz przetłumaczone na polski komentarze twórców. Szkoda, że film okazał się być klapą, bo chętnie zobaczyłabym kontynuację.

    • Też byłam pozytywnie zaskoczona jakością dvd z biedronki 🙂 Robią się coraz lepsi w tak zwanym dziale kulturalnym, najpierw ciekawe wydania kieszonkowe popularnych książek, a teraz dobrze zrobione dvd w rozsądnej cenie. Jeśli zainwestują w ten dział mogą być niezłą konkurencją dla empiku 😉

  3. Widziałam ten film kilka miesięcy temu. Z jednym się zgodzę, że biorąc pod uwagę kiedy i przez kogo została (ta historia) opisana, robi wrażenie sceneria, legenda, postacie… Jednak oglądanie kolejnego z wielu filmów o tej samej tematyce, opierającego się na tych samych co zawsze „efektach specjalnych”, troszkę nuży i zniekształca całość. Dlatego wolę zatopić się w lekturze. Tak poza tym, da się obejrzeć… 😉

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s