Rzym jest piękny, tylko turyści przeszkadzają… „To Rome with Love”

Jeżeli spodziewasz się czegoś nowego lub odkrywczego po nowym filmie Woody’ego Allena to powiem Ci jedno – przestań, bo dostaniesz znowu tego samego odgrzewanego kotleta.

[spoilery jak stąd do Watykanu] 

Po raz kolejny mamy Amerykanów w Europie. Po raz kolejny mają miłosno-erotyczne problemy między sobą lub z tubylcami. Po raz kolejny pojawia się neurotyczny bohater, który sam nie wie czego chce i femme fatale, która zwodzi biednego faceta na manowce. Ma być zabawnie, miło i z podtekstem. Jest średnio miło, niezabawnie i zbyt dosłownie.

Historyjka nr 1

Młode włoskie małżeństwo przeprowadza się do Rzymu, bo on dostał dobrą pracę dzięki swojemu wujkowi. Pierwszą noc postanawiają spędzić w hotelu. Nic nie wskazuje na to, że między nimi jest coś nie tak. Przed spotkaniem z nowym pracodawcą męża, kobieta postanawia szybko pójść do fryzjera. Ona się gubi wśród rzymskich uliczek, a on zostaje co raz bardziej zestresowany w hotelu. Ona spotyka bardzo znanego aktora, w którym podkochiwała się od dzieciństwa, a on przez przypadek poznaje piękną prostytutkę. Żona się spóźnia na spotkanie, więc mąż zmuszony jest przedstawić panienkę lekkich obyczajów, jako swoją małżonkę.

Miało być bardzo zabawnie, a wyszło nudno. Jedyny plus to boska Penelope Cruz w bardzo obcisłej czerwonej sukience.

Morał tej historii? Jeśli małżonkowie zdradzą się nawzajem – to pomoże ich małżeństwu.

Historyjka nr 2

Bardzo znany i (obowiązkowo) bogaty architekt spędza urlop ze swoją żoną w Rzymie. Kiedy był studentem mieszkał tu rok, więc ma ochotę odwiedzić znajome okolice. Niestety, nie może ich znaleźć, ale pomaga mu młody student architektury. Okazuje się, że chłopak mieszka w jego starym mieszkaniu i ma nawet dziewczynę o tym samym imieniu, co żona architekta. Nie jest do końca wyjaśnione, czy facet cofnął się w czasie i spotkał samego siebie (przeczą temu współczesne samochody i sprzęty elektroniczne), czy spotkał przypadkowo bardzo podobnego do siebie gościa (przeczą temu identyczne sytuacje, które przydarzają się studentowi, a wydarzyły się dla architekta w przeszłości), czy po prostu wspomina sobie stare dzieje. Przychylam się temu ostatniemu, bo pojawianie się, jak duch, gadanie w trakcie wydarzeń do bohaterów i bycie świadomym widzem, które jest lekko dezorientujące, sprawia, że ta ostatnia możliwość jest najbardziej prawdopodobna.

Ogólnie chodzi o to, że młody student zdradza swoją dziewczynę z jej przyjaciółką, a architekt próbuje, go przed tym przestrzec. Wychodzi jednak na to, że ten błąd musiał się wydarzyć.

Morał – jeśli chcesz, żeby facet Cię zdradził z całkiem przeciętną dziewczyną, musisz mu co chwila przypominać, jaka to ona nie jest ładna, erotycznia pociągająca i jak boisz się go zostawiać z nią samego. Oczywiście po tych wszystkich tekstach zostawiasz go z nią sam na sam. Dla pewności kilka razy.

UwagiJesse Eisenberg jest tak drewnianym aktorem z jedną i tą samą miną (taka męska Kristen Stewart), że naprawdę nie wiem, kiedy jego gra ukazuje zniesmaczenie, a kiedy pożądanie.

Ellen Page jest naprawdę sympatyczną, ładną dziewczyną i całkiem niezłą aktorką, ale robienie z niej na siłę kipiącej erotyzmem uwodzicielki nie powiodło się.  Zerowa chemia między bohaterami też nie pomogła.

Historyjka nr 3 

Młoda Amerynka nie może znaleźć drogi do fontanny di Trevi, pyta o drogę przystojnego Włocha. Mężczyzna postanawia ją tam zaprowadzić i przy tej romantycznej fontannie zakochują się w sobie. (potwierdzam jej miłosne działanie! Ja też się tam zakochałam! W lodach Gelato! Jeśli będziecie w okolicach fontanny di Trevi to koniecznie polecam ten adres -> San Crispino’s Gelateria”).

Oczywiście para postanawia pobrać się w ekspresowym tempie, ale wypadałoby, żeby rodzice obojga młodcyh się poznali. W tym celu do Rzymu przyjeżdżają jej rodzice z Nowego Jorku. Po początkowo niezręcznej atmosferze, wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku dopóty, dopóki ojciec przyszłej pannej młodej (reżyser opery na emeryturze) nie odkryje, że ojciec wybranka jej córki ma fantastyczny głos. Po podsłuchiwaniu go śpiewającego w łazience postanawia go przedstawić swoim znajomym i wysłać na profesjonalne przesłuchanie. Tam okazuje się, że mężczyzna wcale nie śpiewa tak dobrze. Wzbudza to napięcia pomiędzy członkami rodziny i nawet idealni narzeczeni zaczynają się kłócić. Ojciec dziewczyny wpada na genialny pomysł, żeby wystawić operę z mężczyzną śpiewającym… pod prysznicem. Facet robi furorę.

Aha, a tak przy okazji to miało być strasznie zabawne. Śmiej się, bo to w końcu komedia.

Morał – chcesz, żeby Twój film nie był zabawny? Pokaż faceta pod prysznicem śpiewającym operę. Na scenie. Wśród smiertelnie poważnej i kontemplującej muzykę widowni.

Historyjka nr 4 

Zwykły facet z nudną pracą w biurze, żoną i dwójką dzieci z dnia na dzień zostaje celebrytą. Ganiają za nim paparazzi, a dziennikarze zadają durne pytania. Na początku mężczyzna jest zdezorientowany i zmęczony tą sytuacją, ale z czasem zaczyna mu się to co raz bardziej podobać. Zaproszenia do telewizji i na premiery filmowe, piękne dziewczyny, które same pchają mu się do łóżka, rozdawanie autografów i bycie w centrum uwagi powodują, że ten całkiem przeciętny człowiek zaczyna czuć się wyjątkowo. Niestety, zainteresowanie mediów znika tak samo niespodziewanie, jak się pojawiło. Mężczyzna tęskni za byciem „sławnym”.

To ciekawa krotochwila (jak ja lubię to słowo!) na idiotyczne twory zwane celebrytami. Myślę, że jest to też najciekawsza ze wszystkich historii pokazanych w filmie.

„To Rome with Love” to mocno przereklamowany film. Jego dwaj europejscy poprzednicy też nie są arcydziełami, ale mają jakąś taką specyficzną atmosferę. „Vicky Cristina Barcelona” to opowieść o namiętności, niedopasowaniu do rzeczywistości i poszukiwaniu samego siebie z wyjątkową muzyką. „Midnight in Paris” z kolei to pełna niepowatarzalnego uroku historia o tym, że warto doceniać teraźniejszość, a nie marzyć o przeszłości (plus piękna muzyka). „To Rome with Love” jest na dużo niższym poziomie, zrobiony jakby od niechcenia i komercyjnie (lokowanie produktu, co prawda nie jest tak chamskie, jak w polskich serialach, ale rzuca się w oczy). W tle stare włoskie przeboje, jakby Woody zgubił gdzieś numery do utalentowanych kompozytorów. Wielka szkoda, bo Rzym to piękne miasto i warte jest lepszego filmu.

P.S. Brakuje gifów z filmu na tumblr? To oznacza, że film jst kiepski 😉

* Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony –> http://collider.com/to-rome-with-love-images-woody-allen/

Reklamy

9 thoughts on “Rzym jest piękny, tylko turyści przeszkadzają… „To Rome with Love”

  1. Dokładnie tę samą opinię usłyszałam od innej znajomej. Woody od co najmniej 10 lat nie nakręcił nic dobrego a przynajmniej strawnego. Chociaż dawniej bardzo go ceniłam i wciąż wracam do takich filmów jak Manhattan, czy Mężowie i żony (istny majstersztyk intelektualny, ale tylko z lampką wina i sporym kawałkiem tortu tiramisu, mój prywatny komplet, który polecam), albo Wrzesień, to jednak dzisiaj postrzegam Allena jako synonim kiczu. Wychodzi z założenia, że liczy się ilość niż jakość, więc w imię mamony, mnoży w ciągu roku kilka tandetnych produkcji, że aż żal d… ściska. Przykre, ale tak to jest, kiedy twórcy odbije palma. Wielcy ludzie, geniusze, albo odchodzą szybko jak meteory, albo powoli, męcząc człowieka swoją obecnością.
    Wiesz… w tej chwili przeszukuję net za naprawdę dobrym kinem, choć niszowym z całego świata. Mam już dosyć zachodniego kiczu. A z tego co słyszałam, Włosi kręcą dobre filmy, które niestety rzadko do nas docierają. Jak coś znajdę, na bieżąco będę wstawiać na chomika.

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Człowiek nie tylko jako artysta (w zawodzie reżysera widzę coś z tworzenia sztuki jakby nie było) powinien z wiekiem dojrzewać, rozwijać się, stawać się lepszym w tym co robi. Wydaje mi się, że Allen idzie w odwrotnym kierunku. Nie twierdzę, że kiedykolwiek był wybitnym reżyserem. Mam do niego bardzo chłodny stosunek i raczej obojętny, ale nawet komercja nie musi oznaczać koniec tworzenia czegoś dobrego.
      Każdy jego kolejny film utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to reżyser z przebłyskami wyjątkowości, ale nie jest absolutnie wybitny.
      Szczególnie rażą mnie ludzie, którzy mówią o nim, jak o geniuszu kinematografii, tylko dlatego, że tak wypada powiedzieć, bo to „ten Allen”.

      • Dokładnie… Osobiście rzadko określam jakiegokolwiek twórcę „wybitnym”. Z wyższej półki (reżyserskiej) na pewno mogę polecić Kieślowskiego (Dekalog, Trzy Kolory), Bergmana (Tam, gdzie rosną poziomki…) i Tony Gatlifa, choć ten ostatni to specyficzny typ, z pochodzenia Cygan i takież też są jego filmy (Vengo, Transylwania). To trzy różne światy, ale pozostawiają w sercu i umyśle sporo. Od andaluzyjskiego gorąca, śpiewu i tańca, francuską kawę i bagietki, po chłodne, szwedzkie krajobrazy i emocje. Grrr…. Mój świat zmiksowany w jedno. 😀

        Allen się wypalił, takie jest moje zdanie… Lubię jego stare filmy i tak już pozostanie. Zaś co do jego osoby — ja nigdy nie skupiam się na osobie-autorze, dla mnie liczy się wyłącznie „dzieło”, przez co ekscesy łóżko-małżeńskie tego Liliputa zawsze przeciekały mi przez palce. W jego starych filmach lubiłam tą swobodną, drobnomieszczańską paplaninę i poczucie humoru, które jest momentami fascynujące, bo je podzielam w całej supełkowatości:

        A tu masz linki do filmów:

        Manhattan (w całości, klasyk, tutaj zaczynała moja koffana Meryl Streep):

        Hannah i jej Siostry:

        Na razie tyle znalazłam na You Tubie 😉 Manhattan obejrzę sobie dzisiaj, grrrr 🙂

        Pozdrawiam ciepło z chłodnej Północy kraju @_@

        • Tak się składa, że Manhattan mam na dvd. Oglądałam go bardzo dawno temu i dzisiaj niewiele pamiętam. Muszę go sobie przypomnieć, ale bez ciśnienia, że to Allen, więc musi być lepiej niż dobrze 😉
          Oglądałaś może jakieś jego nowsze filmy? Co o nich uważasz?

  2. Jaka szkoda… Allen to jeden z moich ulubionych reżyserów. Tym bardziej mi przykro, że film został tak skomercjalizowany.

    • Ja mam do Allena bardzo obojętne podejście. Zdarzają mu się filmy lepsze, ale i gorsze. Nie widzę w nim geniusza. Jeśli to Twój ulubiony reżyser to może warto obejrzeć ten film? ;>
      Ta opinia jest tylko i wyłącznie moja i bardzo subiektywna, ale wiem, że są ludzie, którym ten film się podobał. Jak bardzo często powtarzam – ilu ludzi tyle opinii 🙂

  3. Ja Woody’ego Allena jakoś specjalnie nie wielbię, więc nie jestem rozczarowana ;). Ale „O północy w Paryżu”, muszę przyznać, podobało mi się bardzo. Miało w sobie sporo magii, przesłanie, z którym się zgadzam… No i Marion *-*. Wyszłam z kina zachwycona.
    Swoją drogą, między Barceloną a Paryżem był jeszcze Londyn („Poznasz przystojnego bruneta”, czy jakoś tak…) – oglądałaś może?

    • Nie oglądałam, ale właśnie jestem w Giżycku i dzisiaj grają “Poznasz przystojnego bruneta” w kinie plenerowym. Obejrzymy, zobaczymy 😉

  4. Z nowszych filmów (w sensie koniec lat 80 pierwsza połowa 90′), polecam na pewno „Przejrzeć Harry’ego” (http://www.filmweb.pl/film/Przejrze%C4%87+Harry%27ego-1997-156); „Klątwa Skorpiona” (http://www.filmweb.pl/film/Kl%C4%85twa+skorpiona-2001-30767); „Drobne cwaniaczki” (http://www.filmweb.pl/film/Drobne+cwaniaczki-2000-9614) i na tym w zasadzie można zakończyć przygodę z Allenem w latach 90; o wcześniejszych filmach już pisałam.
    Jakiś czas temu obejrzałam kilka najnowszych filmów z ost. dekady, ale: „Sen Kasandry” (http://www.filmweb.pl/film/Sen+Kasandry-2007-321622) mnie znużył; „Vicky, Cristina, Barcelona” (http://www.filmweb.pl/film/Vicky+Cristina+Barcelona-2008-405077) zniesmaczył, ale przeczuwałam że tak będzie, kiedy reklamując ten film porównano go do stylu Almodovara, którego wprost nie znoszę. Nie wiem dlaczego świat się zachwyca tym zwyrodniałym zboczeńcem, ale dobra, o gustach się ponoć nie dyskutuję… Tylko że może w tym rzecz: Może po prostu świat stracił gust i podoba mu się obecnie wszystko, co tandetne i zboczone? Ale to moja prywatna opinia, nie trzeba się z nią zgadzać.
    Nic więcej polecić nie mogę, bo choć większość filmów z lat 80-90* da się obejrzeć, nie wszystkie są jakimiś arcydziełami. W przypadku Allena nie można operować tego typu nazewnictwem. Woody produkuje taśmowo typową pop-papkę, to filmy do zapełnienia nudnych wieczorów, po ambitne kino odsyłam do kina europejskiego z lat 70-90*. Kiedyś już to pisałam, ale powtórzę: Najlepsze kino światowe powstawało od 1979 do 1992. I na tym koniec. Coś pękło, coś się skończyło, poza nielicznymi wyjątkami, rządzi teraz kulturą plastik i tendencja do szokowania za wszelką cenę. Zero oryginalności, za dużo efektów i kiepskiego aktorstwa, zero ikon… bo przecież tego barachła Jolie ikoną nazwać nie można, chyba że na oddziale dla anorektyków ze skłonnością do ciachania się tępą brzytwą. Przykre, ale niestety prawdziwe.

    Pozdrawiam ciepło znad kubka gorącego kakao X,D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s