Baśń o świecie, którego już nie ma, czyli autobiografia Andersena

Po przeczytaniu ostatniej strony tej książki czułam autentyczny żal i tęsknotę za światem, który kiedyś istniał, ale już go nie ma. Nie chodzi mi tu o żadną z baśniowych krain spłodzonych przez umysł Andersena, ale o dziewiętnastowieczną Europę, dzięki której ten wyjątkowy człowiek mógł tworzyć i być szanowany za swoją pracę.

Hans Christian był typem nadwrażliwca  czyli człowieka, który jest bardzo czuły na otaczający go świat i ludzi. Ciężko przyjmował krytykę i ludzką dwulicowość. Nie miał, tak pożądanej współcześnie, „grubej skóry”. Jednak czasy, w których żył, ludzka życzliwość, talent i odrobina szczęścia sprawiły, że jego nazwisko znane jest na całym świecie.

„Boleśnie przeżywałem podobne wypowiedzi. W duszy czułem potrzebę wyjazdu, by, jeśli to możliwe, swobodniej odetchnąć. Jednak smutek jest gościem, którego niełatwo się pozbyć. Niejeden żal trawił me serce i choć otworzyłem na świat wiele jego komnat, kilka wciąż zachowałem zamkniętych. Kiedy wyruszałem w podróż, modliłem się do Boga, bym zmarł z dala od Danii albo powrócił gotów do działania, a co za tym idzie, stworzył dzieła, które przysporzą mi i tym, których kocham, radości i zaszczytów.”

Andersen czuł się źle tkwiąc w jednym miejscu. To podróże dawały wytchnienie od ostrej krytyki w ojczyźnie i wenę do pisania. Zwiedzanie Europy to też bywanie na salonach, co kiedyś oznaczało spotykanie się towarzysko i dyskutowanie z wyjątkowymi ludźmi (Dickens, bracia Grimm, Thorvalsden, koronowane głowy i mnóstwo wybitnych artystów). Za takim światem właśnie ogarnęła mnie tęsknota – kiedyś „bycie kimś” oznaczało ludzi utalentowanych, wykształconych, genialnych w swojej dziedzinie (pisanie, komponowanie muzyki, malarstwo, rzeźba, teatr). To tacy ludzie tworzyli śmietankę towarzyską i byli na szczycie społeczeństwa. Tacy, którzy okazali swoją wartość talentem, ciężką pracą, mądrością, a nie, jak obecnie, pieniędzmi, „parciem na szkło”, czy świeceniem różnymi częściami ciała.

„Podróże są jak ożywcza kąpiel dla umysłu.”

Hans Christian traktował swoje baśnie i bajki, jako zajęcie dodatkowe. Skupiał się głównie na dramatopisarstwie i powieściach. Zresztą był pierwszym pisarzem w Danii, który pisał o codzienności i wprowadził do kanonu literatury duńskiej powieści.

Wielu czytelników ma za złe Andersenowi, że w autobiografii nie pisze o swoim tajemniczym życiu miłosnym. Mi się bardzo podobał ten szacunek do własnej prywatności. Są intymne sprawy, o których nie trzeba trąbić na lewo i prawo. Tak robią tylko spragnieni jakiejkolwiek uwagi osobnicy, którzy nie mogą zainteresować własną twórczością, więc próbują niezwykle tanich i żałosnych chwytów. W idealnym społeczeństwie takie chwyty by nie działały, ale jest jak jest.

To fascynujące, jak człowiek, który żył dwa wieki temu, potrafi dzięki swoim słowom sprawić, że czuję, że jest mi bliski. Jednocześnie obawiam się, że gdyby urodził się w XXI wieku to nie zostałby doceniony, a może nawet nikt nie wydałby jego baśni. To nie jest dobry czas dla ludzi wrażliwych. Żyły kiedyś wybitne jednostki, o których się mówi, że „przerośli własną epokę” lub „powinni urodzić się współcześnie”. Myślę, że Hans Christian żył w idealnej dla siebie i swojej twórczości epoce.

Reklamy