„Atlas chmur” książka vis à vis film

O potędze książki świadczy fakt, że kiedy mamy do wybrania słowa (i więcej roboty z nimi związanymi, czyli uruchomienie naszej wyobraźni), a film (czyli obraz i dźwięk podany jak na tacy) to mimo wszystko wybieramy książkę. Tak jest w przypadku „Atlasu chmur”.

David Mitchell to wyjątkowy pisarz, który łączy w swoim dziele wspaniałą wyobraźnię, bardzo dobry warsztat i ciekawą historię, która wydaje się „nie do przeniesienia na ekran”. Jego przemyślenia dotyczące życia, wędrówki dusz, śmierci jako bramy, a nie końca nie są specjalnie odkrywcze, ale spisane w jednym miejscu w taki sposób robią wrażenie. To nie jest opowieść o typowej reinkarnacji. „Atlas chmur” jest książką, która bardzo osobiście wpływa na nasze przemyślenia. Sami musimy się domyśleć, co oznacza znamię w kształcie komety; sami dopasowujemy dane postacie do ich odpowiedników w przyszłości czy przeszłości. W niektórych postaciach można zauważyć tylko fragmenty kogoś, o kim czytałeś we wcześniejszym rozdziale.

Film jest zbyt dosłowny. Zestaw kilku aktorów, którzy grają po kilka postaci jest gratką dla kinomaniaka, ale nie dla odbioru tej historii.

[odtąd mogą pojawiać się spoilery]

Robert Frobisher, który ucieka przed przeszłością, aby u boku sławnego kompozytora samemu stworzyć dzieło życia w książce jest przewrotnym charakterem. Egoista, który nie ma problemów ze sprzedawaniem swojego ciała (nieważne kobietom, czy mężczyznom) pokazuje nam swoją bardzo wrażliwą stronę. Jego obraz miłości do Sixsmitha i Evy to niesamowite studium fascynacji daną osobą, jako jednostką. Fascynacji, gdzie oczywiście pojawia się fizyczność, ale głównie chodzi o emocje, które bardzo trudno opisać, czyli głód obecności, uwagi ukochanej/ukochanego. Chęć poznawania jego/jej do samego dna duszy. Miłość niespełniona, która przeistacza się w sztukę, czyli w tym przypadku muzykę.

Filmowy Robert grany przez Bena Whishawa to irytujący chłystek w porównaniu z książkowym pierwowzorem. Scena, w której całuje Ayrsa to obrzydliwy wręcz gwałt na uczuciach, które rodziła ta muzyka i niesamowitej więzi opartej na szacunku, niechęci, zazdrości, nienawiści. Może doprowadziło do tego zignorowanie przez twórców postaci Evy i nieumieszczenie jej w filmie. Frobisher jako mieszanka męskiej dziwki i człowieka za wrażliwego na istnienie bez celu w życiu, którą był w książce, w filmie jest marnym cienieniem samego siebie. Bardzo źle napisana postać w scenariuszu. 

Podobnie sprawa przedstawia się z Sonmi. Przez większą część filmu jest przez kogoś ratowana, bierze udział w widowiskowych ucieczkach. Wydaje się manekinem kierowanym przez rewolucję, a przecież to ona ją spowodowała! Nie mogłam się oderwać od poświęconych jej rozdziałów. To wspaniały elaborat o tym, czy zdobycie „duszy” równa się zdobywanie wiedzy. Po ucieczce z PapaSong spędziła dużo czasu na nauce. To ona sama spowodowała swoje człowieczeństwo. To, jak była traktowana na uczelni przez innych studentów, czy jakim cudem było odkrycie, że jest jednostką myślącą, mającą własne zdanie i przemyślenia, było kluczową sprawą dla fabuły. Film pokazuje tą postać w bardzo spłyconej wersji, skupiając się głównie na miłosnym wątku, który był zaledwie maleńką, tajemniczą cząstką tej historii. Straszna szkoda.

Nie rozumiem też postarzenia Zachariasza. Chłopiec został zamieniony na dojrzałego mężczyznę. Po co? Żeby Tom Hanks mógł zagrać jeszcze jedną postać? Żeby po raz kolejny dodać wątek miłosny? Przyjaźń między nim a Meronym, zdobywania zaufania i poznawania prawdy o przodkach było czymś naprawdę wyjątkowym. Wydaje mi się, że Zachariaszowi i Meronym było dużo bliżej do Javiera i Luisy Rey.

Halle Berry pasowała w miarę do Meronym (chociażby kolorem skóry), ale już jako Luisa Rey w ogóle. W wątku Luisy ważne było to, że była białą kobietą należącą do uprzywilejowanej klasy społecznej. Wybrała jednak nie bezpieczne życie u boku nudnego biznesmena w dzielnicy willowej, jak jej matka, ale pełną niebezpieczeństw drogę dziennikarki, która naprawdę walczyła o prawdę. W filmie jest to najnudniejsza część.

Moja opinia może wydawać się bardzo surowa, ale mimo wszystko uważam, że film jako samodzielny twór jest ciekawą opowieścią, pięknie przedstawioną i dającą do myślenia. Niestety, w porównaniu z bardzo dobrą książką wypada blado.

Reklamy

5 thoughts on “„Atlas chmur” książka vis à vis film

  1. Piękna muzyka. Nie oglądałam jeszcze filmu, nie czytałam książki. Cóż mogę napisać w tym temacie, wychodzi na to, że jestem ekspertem 😉

    Nie spotkałam się jeszcze z opinią „film jest lepszy niż książka” a Ty? Fajnie byłoby znaleźć dobry przykład. PS nie liczą się świetne seriale na podstawie książek jak True Blood 😉

    Jednym z powodów takiej sytuacji, moim zdaniem jest to, że mamy swoją wyobraźnię zaprzęgniętą podczas czytania. Oglądając film nie możemy na chwilkę zamknąć oczu i przemyśleć całej sytuacji czy zastanowić się nad wypowiedzią, przeczytać jeszcze raz. Dużo odbiera sama forma.

    • Oczywiście, że są filmy lepsze od książek! 🙂 Przykłady? -> Slumdog Millionaire, Notebook, A Walk To Remember, How to Lose Friends & Alienate People, Prestiż, Śniadanie u Tiffany’ego, Czekolada. Jest ich dużo więcej. Są też filmy dorównujące książce lub bardzo dobre same w sobie (niebędące jej idealnym odbiciem) jak trylogia Władcy Pierścieni, Przeminęło z wiatrem, Lektor, Most do Terabithii, Tramwaj zwany pożądaniem (to akurat sztuka teatralna).

      Są filmy, które absolutnie porywają, sprawiają, że zapominamy o całym świecie lub… angażują bardzo emocjonalnie (pamiętasz seans Black Swan i tę ciszę na końcu, na napisach?). Istnieją tez takie książki, od których nie można się oderwać lub, które mimo ciekawej historii nudzą.

      Moim zdaniem wszystko zależy od artysty, który tworzy dane dzieło. W przypadku książki – pisarz, filmu – reżyser. Albo potrafi przekazać własne emocje, wizję świata itd. albo tego nie potrafi.

      • Dopiero co wczoraj byłam w kinie na ,,Atlasie chmur”. Przyznam, że wolę najpierw przeczytać książkę, dopiero później obejrzeć fim, ale tym razem nie miałam takiej możliwości. Ksiązkę mi wprawdzie obiecała pożyczyć koleżanka, ale dopiero za jakiś misiąc, a na film zaprosił mnie chłopak, bo miał vouchera urodzinowego do kina 🙂 Film jako taki mi się podobał, ale podejrzewałam, że mimo wszystko powieść posiada większą głębią i odpowiednio ją przycięto na potrzeby filmy. Dobrze to słyszeć, książka jest inna, to daje dużą nadzieję, że to, że będę miała dużą przyjemność, czytając ją, bo np. czytanie Gry o Tron po obejrzeniu pierwszego sezonu serialu było prawie jak czytanie scenariusza, bo serial w pierwszej odsłonie był bardzo wierny.

        A teraz czytam ,,W drodze” Kerouca i cieszę się, że nie obejrzałam najpierw filmu, choć korciło mnie, by na niego pójśc. Pozdrawiam. Bardzo ciekawy blog, pozwolę sobie dodać do obserwowanych 🙂

        • Myślę, że czytanie tej książki po seansie – będzie wielką przyjemnością. W filmie dostałaś szkielet tej historii, a książka będzie nurkowaniem w jej głębię. Docenisz niektóre smaczki i aluzje.
          Pierwszy sezon Gry o tron to rzeczywiście scenariusz przepisany z książki. Następne sezony coraz bardziej się rozmijają z niektórymi wątkami.

          „W drodze” cały czas przede mną. Też mam w planach najpierw książkę.

          Miło mi, że Ci się u mnie podoba ;]

  2. Który z bohaterów, z części „Listy z Zedelghem” miał znamię? (Nie posiadam już książki, a nie mogę sobie tego przypomnieć i spać nie mogę)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s